A propos wczorajszego
Byłam w bibliotece odebrać dwie cudne książki, które na mnie czekały i na które wcześniej ja musiałam czekać rok. Później poszłam do obuwniczego w poszukiwaniu trampek, ale wszystkie czerwone wykupili. Został tylko stos różowych (nic dziwnego).
Przechodząc pod muzyczną: chyba już nic mnie dzisiaj tak nie rozbawi, jak ta kakofonia.
Myliłam się. I nie tylko w związku z tym, ale i z tamtym, z wczorajszą notką. Nigdy w życiu nie byłam bardziej absurdalna, taktaktak, jestem tego wszystkiego w pełni świadoma.
Pięć metrów za muzyczną zobaczyłam JEGO, chwilę później On zobaczył mnie. Na początku nie dowierzał, później tylko się uśmiechał, patrzył na mnie i się uśmiechał, ja patrzyłam na niego i się uśmiechałam, oboje patrzyliśmy się na siebie z uśmiechem. A w moim brzuchu toczyła się trzecia wojna światowa i nic nie mogłam na to poradzić.
Uwielbiam nieprzewidywalność. Uwielbiam.
Był na rowerze, jechał wolniutko. Obok niego, bliżej mnie, Mateusz (erotoman, hipokryta, obcesowiec, psychopata, straszniebardzoniemożliwieprzystojny, dtf). Również na rowerze. Gadał do Niego, coś na pewno gadał. Był tym paplaniem tak zaabsorbowany, iż nawet nie zauważył, że On wcale się tym nie interesuje.
Jest zajęty m n ą.
Sam Mateusz ani razu na mnie nie spojrzał. A właściwie nie wiem! Tak czy siusiak, jakie to ma znaczenie? Od dwóch lat ŻADNE.
Za nimi wlókł się Maksiu (bez rowera, poszkodowany przez los). Biorąc pod uwagę to, jak zachowywał się wobec mnie dwudziestego drugiego maja we wtorek roku dwa tysiące dwunastego w mieście zwanym Warszawą (perwersyjna perwersja z dużą dawką perwersji, tak to odbieram) - pragnęłam, żeby spłonął z zazdrości (“haha idioto teraz nie kocham ciebie tylko innego haha patrz na mnie patrz”). To pragnienie przeplatało się z niedowierzaniem: matko, jak długo można chodzić w jednej i tej samej bluzie?
Przez ten cały czas nie wypowiedziałam ani jednego słowa. Nie patrzyłam na nic ani na nikogo poza Nim. Na twarzy przez piętnaście minut bez przerwy gościł szeroki uśmiech. Nawet później, gdy spotkałam taką jedną dziewczynę, za którą nie przepadam, powiedziałam jej z wielkim uczuciem Sieeeema. Także moja wielka wesołość przeskoczyła i na nią. Odpowiedziała mi prawie równie entuzjastycznie.
Miałam na opisie na GG coś o tym, że na największe romanse czeka się rok. Myślałam o moich książkach (które wcale nie są… no dobra, jedna jest romansem - Pamiętnik; druga Kiedy kobieta ufa Bogu, dzieją się cuda). Ale kto by to tam odszyfrował prawidłowo? Jestem jedną wielką enigmą. Znaczy z pozoru… Whatever. Włażę teraz na GG (wagarusie sobie zrobiłam; za dużo sprawdzianów miałam mieć tego dnia), patrzę Jego opis (zwykle nie ma nic albo “weekend :D”) i widzę “Zaiste”. Nawet ikonkę zmienił na Jezusa (statystycznie trzy razy w tygodniu idę nad moją ulubioną rzekę, siadam sobie, majtam nogami i mówię do Boga, że mnie wszystko jedno, będę zadowolona ze wszystkiego, co postanowi zrobić. Wolę sama nie decydować, bo przecież to On wie najlepiej, co jest dla mnie najlepsze. Nawet jeżeli ja się z tym początkowo nie zgadzam. Mówię, że ufam Mu całkowicie). Prawdopodobnie nie ma to żadnego związku… Nie, na pewno nie ma to żadnego związku. Zaznaczam, że ja Go nawet nie lubię. Po prostu mam wielką ochotę go całować. Tyle.
Ach! Znów mi się śnił. We wczorajszym śnie powiedział, że kochał mnie od zawsze. Dzisiaj, hm, właściwie to coś głębszego łączyło mnie z trzema facetami. Jeden był (o zgrozo) Maksem, drugi Nim, trzeci jakimś gościem z akademika (najperwersywniejsza perwersja w historii perwersyjnych perwersji). Były trzy odrębne historie, żeby nie było. Mogę interpretować to tak: z Maksem przecież coś kiedyś rzeczywiście mnie łączyło. Zatem przeszłość. Z Nim coś łączy mnie teraz. Teraźniejszość. A gościu z akademika (aż mnie słodkie dreszcze przeszły) może być zapowiedzią tego, co m a s i ę z d a r z y ć.
Jeszcze a propos wczorajszego, rzecz totalnie oderwana, była msza za moją babcię. Poszłam z matką. W środku napadł mnie letarg, depresja jakaś. Byłam niemożliwie smutna. A jak to z depresjami bywa - smutek jest zwykle bez żadnej większej przyczyny. W drodze do kościoła myślałam o tym, że już w poniedziałek wraca moja ukochana pani od matmy. Koniec lekcji z tym potworem zastępowym!!! Jeszcze dwa lata temu nigdy bym nie pomyślała, że mogę znienawidzić panią od polskiego i pokochać panią od matmy. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, pani Potwór Zastępowy siedziała w kościele, w pierwszej ławce. Przede mną.
Lecz to na pewno na pewno na pewno nie był powód mojego letargu.
Jutro święto szkoły. Zbiórka o 08:15. Bieg jakiś, później Mam Talent. Chyba pójdę.
